Kierunek: rolnictwo
Dodano: 20.03.2009

Walka o ekologię ma w Bieszczadach długą historię. Tak naprawdę sięga roku 1947. Zaczęło się dramatycznie i raczej drastycznie. W sposób charakterystyczny dla minionego bezpowrotnie ustroju niesprawiedliwości społecznej. Akcja Wisła. Ta w sposób skuteczny i radykalny rozwiązała problem przeludnienia. Można wręcz powiedzieć - wyeliminowała go na bardzo długo. 

Później też nie było lepiej. Co prawda przez pięćdziesiąt lat Bieszczady widniały na mapie kraju, ale władza ich nie lubiła. Dawała o tym do zrozumienia na każdym kroku i w każdej sprawie. Jeszcze na początku lat osiemdziesiątych warunki życia w tych górach nawiązywały do przełomu XVI i XVII wieku. Infrastruktura żadna, zaopatrzenie żadne, perspektywy żadne. Nieliczni turyści postrzegani byli jedynie przez pryzmat miejsca, które niepotrzebnie zajmowali w Pekaesie. O ile przyjechał, rzecz jasna. W Gieesie obcy kupujący chleb czy mielonkę w puszce byli zwykłymi najeźdźcami. No cóż, rynek permanentnego deficytu rządził się brutalnymi prawami. W owym czasie w Bieszczadach nie brakowało jedynie świeżego powietrza. Nie było żadnej koncepcji rozwoju, a ówcześni decydenci uważali, że tak jak jest, jest pięknie. Był moment, że jeden towarzysz wyrwał się przed szereg i chciał wzorcowo orać te góry. Nazywał się Kiszczak. Szybko mu jednak przeszło, gdy okazało się, że koszty jazdy traktorów i kombajnów w tych okolicznościach przyrody są wprost horrendalne. Co innego konie, ale to przecież nie honor. Rozwinięta gospodarka socjalistyczna, a tu takie średniowiecze. Później był jeszcze kombinat w Ustianowej. Inicjatywa antyekologów partyjnych, ale to już była klęska totalna. Ktoś coś poplątał w papierach. Miał być inny zakład, wyszedł inny. Ciszej nad tą trumną. Oczywiście siedzieć nikt nie poszedł. Żeby była jasność. 

I tak oto Bieszczady dotrwały do XXI wieku w stanie dziewiczym. Wilki, niedźwiedzie, lasy, szumiące potoki i garstka ludzi. Żyjemy tu skromnie, pracowicie mając świadomość, ile zawdzięczamy ekologom spod znaku zjednoczonej, jedynie słusznej partii. Powiem więcej, jesteśmy spokojni o przyszłość. Zwłaszcza tą ekologicznie niezmąconą.
Stara drużyna ekologów ma godnych następców. Dziś już wiemy, że ci nam nie odpuszczą. Przypilnują koncepcji wschodnich rubieży gdzie "ino wiatr hula i wilcy wyją".
Zadziwiająca jest zbieżność koncepcji ekologicznych. Tych starych i nowych. Gdyby ktoś dwadzieścia lat temu powiedział mi, że prekursorami ekologii w Polsce były stare komuchy to umarłbym ze śmiechu. A jednak. Świat jest nieźle popaprany. 

Mam kilku znajomych, którym marzy się rozwój, cywilizacja, otwartość na świat, uczynienie z Bieszczad miejsca do uprawiania wspaniałej nowoczesnej turystyki. Niektórzy chcą być nawet europejczykami z krwi i kości. Chłopaki, zapomnijcie o tym. Żyjecie w skansenie zwanym Naturą 2000, tuż obok Parku Narodowego i Parku Krajobrazowego. Niech wam głupoty do głowy nie przychodzą. Cieszcie się, że chwilowo nie ma wysiedleń. Trzeba się dopasować. Nie ma rady. Zanim służby zapukają do drzwi. Służby ekologiczne, rzecz jasna.

Ja rzucam turystykę. Dla własnego bezpieczeństwa. Idę w rolnictwo. Kupuję konia, będę siał i orał. Obiecuję żadnego intensywnego rolnictwa. Tylko ekstensywne i naturalne. Żadnej mechanizacji, bo to głupota. A propos. Czy ktoś zna krawca, co by mi uszył takie chłopskie odzienie z przełomu XVI i XVII wieku? Jeśli znacie to roześlijcie wici, bo telefon już wyrzuciłem. Żeby było ekologicznie.

Maciej Dzikowski

 ARCHIWUM